„Nietypowy mundurowy. Psy do zadań specjalnych” 
Autor: Katarzyna Olkowicz
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Ta recenzja będzie miała nieco inną formę, ale sama książka również taką ma, w porównaniu do wcześniejszych, o których pisałam. Nie jest to typowa pozycja o pieskach, szkoleniu czy behawiorze, a raczej zbiór wywiadów i opisów konkretnych osób i zwierząt pracujących w szeroko pojętych służbach w Polsce. Należy podkreślić, że autorka jest dziennikarką i reporterką, a nie osobą w jakikolwiek sposób znającą się na kynologii, co widać w stylu pisania i opisywanych treściach (słownictwo, pytania do wywiadów, łatwość w przyjmowaniu informacji dla mnie “podejrzanych” i wymagających doprecyzowania bez krytyki i zgłębiania tematu). Wiadomo, nie każdy musi znać się na psach, żeby o nich pisać i szanuję kunszt reporterski, bo widać, że autorka w tym jest bardzo dobra i absolutnie nie chcę wchodzić w kompetencje osoby, ani wymagać znajomości tematu psów na poziomie eksperckim, ale mimo wszystko poruszany jest temat czworonogów, więc ciężko mi jest oceniać treść bez oceniania jakości przekazywanej wiedzy. Uznajmy więc, że poniższe punkty (podobało mi się/nie podobało mi się) nie odnoszą się do autorki i jej wiedzy kynologicznej (bo jej nie ma), tylko aspektów, które są przez nią przekazywane w sposób prawdopodobnie nieświadomy (zakładam, że autorka chciała oddać swego rodzaju hołd psom służbowym pisząc o nich i bardzo to szanuję. Czy się udało? Ocenimy na koniec).
Już po pierwszych 30 stronach lektury miałam tyle zapisanych notatek roboczych, że ilość tekstu przerosła standardową recenzję dowolnej całej książki. Wniosek? Jest się do czego doczepić, co prostować i poddawać w wątpliwość. Przestraszyłam się, że w tym tempie moja “mini recenzja” będzie rozmiarowo osobną książką odpowiadającą na treść “Nietypowego mundurowego”, więc postanowiłam celowo się ograniczać, a mimo to czytasz właśnie najdłuższą recenzję książki jaką napisałam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę zmuszona odnosić się tak obszernie do żadnej innej lektury.
Książka jest podzielona na rozdziały, z czego każdy dotyczy innej organizacji, w której pracują psy. Moja recenzja też będzie utrzymana w tym podziale i dodatkowo, na koniec, odniosę się do lektury całościowo.
POLICJA
Co mi się podobało?
- Branie do służb psów z linii użytkowych, a nie eksterierowych (wystawowych).
- Policja kupuje psy w wieku 1-2 lat, co jest bardzo spoko, bo już widać charakter danego osobnika i trafniej można ocenić jego stan zdrowia (np. wykluczając predyspozycje do dysplazji przy już dojrzałych stawach). Nie traci się też czasu na wychowanie malucha (naukę czystości, socjalizację i inne podstawowe sprawy).
- 4 psy szkolą się w Niemczech z mantrailingu i to szkolenie trwa ok 3 lat (tu brane są szczeniaczki, ale jest to wpisane w cały kurs).
- Twierdzenie, że psy służbowe zasługują na godną starość, opiekę weterynaryjną i dobrą karmę – zgadzam się.
- Trafia do mnie argument za trzymaniem psów w kojcach – to, że zwierzęta nie są prywatne, tylko służbowe i jeśli jakiś policjant zachoruje (będzie na zwolnieniu dłużej niż 60 dni) pies trafia do innego przewodnika i zmiana domu byłaby zdecydowanie większym stresem niż w przypadku “mieszkania” w kojcu, stałych rytuałów dnia i zmiany “tylko” opiekuna, a nie całego dotychczasowego życia.
- Pojawiło się też kilka sensownych zdań o tym, że do psa trzeba mieć cierpliwość, iść z nim na kompromis lub się samemu “ugiąć”, metody pracy dobierać do konkretnego osobnika, dać psu czas jeśli go potrzebuje, pozwolić na wyładowanie emocji, że żaden zwierzak nie robi niczego złośliwie, czworonogi zmieniają się w ciągu życia i należy być na to uważnym, przewodnik musi czytelnie komunikować się z podopiecznym, koniecznie trzeba dbać o stan zdrowia (w tym odpowiedni dobór karmy), człowiek pracujący z psem musi stale się szkolić i zdobywać wiedzę od osób bardziej doświadczonych itd.
- Opowiadania Pana Łukasza Stężyckiego i Jakuba Wojtkowiaka wydają się być głosem rozsądku, szacunku i miłości do zwierząt. Mało jest rzeczy, z którymi się nie zgadzam i nie są one szkodliwe dla psów i czytelnika. Te fragmenty uznaję za najlepsze w całym rozdziale i mam szczerą nadzieję, że takich przewodników w służbach jest więcej, a w przyszłości w Policji będą tylko tacy ludzie pracujący ze zwierzętami.
- Pan Jakub Wojtkowiak bardzo ciekawie opowiada o szukaniu zwłok na lądzie i pod wodą – jeśli ktoś lubi takie kryminalne wątki to ta część będzie mu się podobała.
Co mi się nie podobało?
- W pierwszym wywiadzie z jedną z instruktorek szkolenia psów służbowych (Aleksandrą Krześnak) można wyłapać, że behawior czworonogów jest zupełnie pomijany. Pada np. sformułowanie, że jeśli pies ciągnie na smyczy to znaczy, że opiekun nad nim nie panuje i nie ma zrobionego podstawowego posłuszeństwa. Kategorycznie nie mogę się z tym zgodzić, bo przyczyn ciągnięcia na smyczy jest milion, a brak szkolenia jest ostatnim jaki bym wymieniła. Mylona jest też tzw. “luźna smycz” z chodzeniem przy nodze. Podstawowy błąd, niestety często powielany i jeśli ktoś nie ma tej świadomości, to czytając powyższe treści nie zobaczy w tym nic nadzwyczajnego i przyjmie je takie, jak są podane bez głębszej refleksji.
- Szkolenie psów w policji trwa 4,5-5,5 miesiąca (podstawowe posłuszeństwo + specjalizacja wyszukiwania narkotyków i materiałów wybuchowych). Pomyślmy, czy w tak krótkim czasie uda się wyszkolić psa służbowego opierając się na metodach zgodnych z najnowszą wiedzą kynologiczną bez awersji? Biorąc pod uwagę restrykcyjną selekcję psów może i tak, ale jest tu dużo moich wątpliwości, które nie zostały rozwiane. Nie ma też informacji ile trwa szkolenie psów w innych specjalizacjach. Dodam tu też fakt, że równocześnie jeden trener może mieć pod sobą aż 6 psów, co znów jest argumentem, że policja idzie na ilość, a nie na jakość.
- Nagradzanie piłeczką za pracę węchową (albo innym aportem). Behawioralnie – dramat. Oczywiście, nagradzanie zabawką jest super, ale trzeba umieć to robić, żeby psa nie wpędzić w fiksację na przedmiot. Psy o silnej motywacji na zabawkę (w domyśle zafiksowane) tak właśnie pracują w służbach i tylko takie psy się do pracy węchowej wybiera. Reasumując – psy zafiksowane na piłkę lub inny aport, pracują kilka godzin dziennie, każdego dnia przez x miesięcy (albo lat?), a nagrodą jest dostęp do przedmiotu ich uzależnienia, gdzie jest to niezdrowe fizycznie i psychicznie (emocjonalnie). To jest nazwane super pozytywnym szkoleniem psów służbowych, bo przecież nie ma przemocy… Autorka, jak pewnie większość czytelników, była zadowolona z “pozytywnego” podejścia do treningu psów. W sumie nawet nie wiem co boli mnie bardziej – samo szkolenie psów w ten szkodliwy sposób, czy to, że prezentuje się to pięknie z zewnątrz i zachwyca tłumy nieświadomych ludzi (którzy mogą chcieć powtarzać podobne procedury w codziennym życiu z ich psiakami). Tak, zdaję sobie sprawę z pojawienia się w wielu głowach argumentu “ale lepsze to niż awersja”. I wiecie co? Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, co jest mniej czy bardziej szkodliwe w treningu psów, bo nie da się porównać negatywnych skutków obu tych działań.
- Sposoby i kryteria selekcji psów, losowanie opiekunowi psa (i jego specjalizacji), brak możliwości “wymiany” psa, losowanie psu imienia (mimo, że przez rok/dwa w hodowli miał je nadane i był go nauczony), bardzo duży procentowo “odpad”.
- Utożsamianie zachowań agresywnych psów z odwagą i twierdzenie, że samice są zazwyczaj mniej agresywne niż samce (przez co w Policji pracuje więcej psów niż suczek).
- Kupowanie do służby psów z tzw. legalnych pseudohodowli – od hodowców zrzeszonych w stowarzyszeniach, niekoniecznie ZKwP/FCI (pies ma mieć rodowód (nawet bez metryki), bez względu na to kto go wydał – dokładnie to jest napisane w książce i dokładnie takie słowa padły podczas wywiadu z ust osoby szkolącej psy policyjne, Aleksandry Krześniak, która deklaruje, że jest po studiach zootechnicznych i ukończonej psychologii zwierząt oraz pracowała wcześniej dla ZKwP)! Jeden pies kosztuje 6-7 tysięcy złotych co jak na pseudo jest dużą kwotą (a biorąc pod uwagę rok pisania książki to jest kosmos). Dalej jest też zdanie “był w 80% owczarkiem niemieckim z domieszką nie wiadomo czego. Pochodził ze sprawdzonej hodowli. koordynator często kupował tam psy, choć nie były czyste rasowo”. Bez komentarza.
- Trzymanie psów na dworze w kojcach służbowych (w większości) i często brak zgody przełożonych na zabranie czworonoga do domu przewodnika nawet na czas zimy (powodem np. jest to, że ktoś ma mieszkanie, a nie dom lub inne zwierzęta czy dzieci). Cytat: “dla nich to jest naturalne, bo u hodowcy w kojcu się urodziły i mieszkały tam rok, czy dwa”. A jeśli pies w hodowli był w domu? To już jednoznacznie oznacza, że się nie nadaje do policji? Nie ma w książce odpowiedzi na to pytanie.
- Aleksandra Krześniak (już wspomniana) w wywiadzie mówi, że u szczeniąt nie ma sensu robić RTG, bo nie widać dysplazji. Pani zootechnik nie ma racji. Już u młodych piesków może pojawić się to schorzenie (lub pokażą się predyspozycje do niego) i widać to na prześwietleniach. Oczywiście, nie każdy psiak z prawidłowym RTG w wieku młodzieńczym będzie zwolniony z ryzyka wystąpienia problemów ze stawami w dorosłości jednak jak można mówić, że diagnozowanie obrazowe szczeniąt pod kątem dysplazji JEST BEZ SENSU?! Z “kwiatków weterynaryjnych” jeszcze Pani Aleksandra uznaje, że kastruje się psy, a sterylizuje suki, co jest kolejnym, niezweryfikowanym i niepoprawionym w żadnym etapie redagowania książki błędem. BTW ta kobieta robi wykłady z weterynarii dla przyszłych przewodników psów policyjnych.
- Bardzo dużo błędnej interpretacji mowy ciała i zachowań psów, a nawet stygmatyzowanie ras dając im konkretne “łatki” np. twierdzenie, że pies gryzący ze strachu atakuje na oślep, mocno i jest nieprzewidywalny, zgoda na przytulanie czworonoga przez obce osoby, również dzieci w przedszkolach i szkołach (bo ten pies to “przylepa”), twierdzenie, że psy są zaciekłe, bo polują na osoby będące pozorantami nawet po zdjęciu kombinezonów już do końca trwania szkolenia (lub nawet reagują na granatowy mundur kadry (przewodnicy mają czarne)), teksty w stylu: “owczarek niemiecki potrafi się obrazić”, “terriery to straszne uparciuchy. Też się obrażają”, “trzeba psiaka przekupić, żeby się odobraził”, “labradory są wiecznie zadowolone ze wszystkiego”, “owczarek niemiecki (…) z miłości do człowieka zrobi wszystko” itd.
- Budowanie więzi z psem żarciem, bo “inaczej się nie da”. “Jeśli przewodnik go nie przekupi, to nie stworzy więzi”.
- Zajęcia psów trwają po 7/8h dziennie plus do tego dochodzi czas na czesanie, głaskanie, kamienie i inne rodzaje spędzania czasu z przewodnikiem. Czy te psy mają czas odpocząć zgodnie z ich potrzebami gatunkowymi i adekwatnie do aktywności w ciągu dnia? Nie sądzę.
- Psy patrolowo-tropiące są uczone atakowania pozoranta krzyczącego i wymachującego rękami, więc nie mogą mieszkać z dziećmi, bo dojdzie do zachowań agresywnych (zgodnie z przeszkoleniem) – tak, to jest napisane w książce, a wcześniej pojawiło się info, że psy wychodzą poza ośrodek szkoleniowy np. do szkół podstawowych. To nie te same psy? Dlaczego szkolenie dopuszcza wysokie ryzyko pogryzień osób zachowujących się w określony sposób nawet bez hasła (komendy) tylko z automatu (bo pies jest tak szkolony)? Nie da się wyszkolić psa bezpiecznego dla otoczenia? Mało tego. Pojawia się też historia Diabła – psa wyuczonego dwóch specjalizacji (praca węchowa i obrona), ale pracuje tylko patrolowo, bo (tu znów cytat) “ istnieje ryzyko, że gdyby znalazł osobę poszukiwaną, najpewniej by ją ugryzł, w końcu do tego był szkolony.”
- Na emeryturę trafiają psy określone jako “wybrakowane” – stare i chore, a w dniu “wybrakowania” zgodnie z regulaminem stają się przedmiotem usuniętym z ewidencji. Przykre, choć pokazuje realne traktowanie psa służbowego.
- Pani Aleksandra Krześniak mówi: “dziesięciolatek zawsze będzie miał jakieś problemy zdrowotne” oraz, że utrzymanie psiego emeryta, który ciężko nie choruje wynosi około 500 zł miesięcznie (w tym leczenie i karma). Jak dla mnie nie każdy 10-letni pies musi być chory, a podana kwota na utrzymanie jest dziwnie mała, zwłaszcza jeśli mówimy o psach ras dużych.
- Wszechobecna TEORIA DOMINACJI (!) Ręce mi opadają jak czytam “pies z chęcią dominacji”, “nie chciał mi się poddać”, “próbował rządzić w naszej parze” albo “stał się uległy”. Kochani. Będę to powtarzać do znudzenia: to tak u psów nie działa. Z założeń teorii dominacji wycofał się sam jej autor (John Fisher) w 1995 roku (oficjalnie) widząc swoje własne błędy. Książka została wydana w 2021 roku i wciąż aż kipi od przekonań z lat ‘40 (W tym czasie teoria dominacji ujrzała światło dzienne). Minęło 60 lat i nikt w policji się nie pofatygował o aktualizację wiedzy tylko wciąż powtarza to, co “najbardziej pasuje”. Oczywiście to pociąga za sobą lawinę kolejnych bzdur i używania awersji w szkoleniu każdego psa służbowego, co jest po prostu przykre. Szkoda, że po raz kolejny nie ma sprostowania w książce. Nawet jeśli pojawiają się opinie określonych osób (wymienionych z nazwiska) to wciąż mogłoby być dopisane zdanie eksperta obalające te i podobne nieprawidłowości w celu poszerzenia społecznej świadomości, a brak takich adnotacji tylko potęguje utrwalanie się w głowach szkodliwych mitów. Jeśli ktoś chce szerzej zapoznać się z tematem teorii dominacji, to zapraszam na YouTube (o, tu).
- “Polska to nie Ameryka (…) psy patrolowo-tropiące mają robić wrażenie” aha. Czyli psy służbowe w USA nie robią wrażenia? Czyli “Ameryka, gdzie pies wpada do samochodu i wyciąga z niego zębami przestępcę” nie robi wrażenia, a psy w Polsce gryzące i uderzające kagańcem ludzi w splot słoneczny bez kontroli przewodnika owszem? Zgodzę się, że ktoś może mieć taką opinię, ma prawo. Moja jest inna.
- Opisy kiedy i na co zmarły psy (zdecydowana większość przedwcześnie na skręt żołądka). W mojej ocenie zbędne i dodające smutną cegiełkę tematy. Mam też nieodpartą wizję tego, że coś musi być nie tak, skoro na tą samą przypadłość umiera tyle zwierząt i że może warto by było temu zapobiegać chociażby przez odpowiednią dietę.
- Wsadzanie ręki w pysk i do gardła (!) psa jak ten nie reaguje na hasło “puść”.
- “To jest wasz pies służbowy, macie nad nim panować, ale musicie być dla niego ostrzy, żeby on też był ostry” – cytat pokazujący “stare” wymagania szkoleniowe, ale książka pokazuje, że niestety wciąż aktualne chociażby przez zdanie: “niektórzy szkolą swoje psy siłowo”.
- Dopuszczony do służby pies, który “nienawidził rowerzystów, i już”. W moje ocenie jednak warto takie rzeczy przepracować, zwłaszcza, że mówimy o psie mającym szkolenie z obrony.
SŁUŻBA WIĘZIENNA
Rozdział bardzo króciutki (13 stron, dla porównania rozdział o policji ma ich 85.), zawierający opowiadanie jednego przewodnika i o jednym psie (w policji opisano 8 czworonogów), także ciężko ocenić całościowe szkolenie i pracę zwierząt w więzieniu pod kątem behawioralnym. Można wywnioskować, że Pan Michał Życiński, bohater tej części książki, jest odpowiednią osobą do pracy jako przewodnik psa pracującego. Pojawia się we mnie iskierka nadziei, że takich ludzi jest kilku i w przyszłości będzie ich zdecydowana większość niezależnie od służby w jakiej są zatrudnieni. Ogólnie rzecz biorąc rozdział w mojej ocenie ciekawy. Zawiera trochę opisów jak wygląda i funkcjonuje jednostka penitencjarna i nie mam się do czego “przyczepić”. Jedyną wątpliwość wywołała u mnie wzmianka o stanie fizycznym zakupionego z “hodowli” psa i moralny aspekt wspierania osób, które zarabiają na rozmnażaniu zwierząt bez zapewnienia im odpowiedniej opieki, natomiast dla samego czworonoga zdecydowanie lepiej, że trafił w inne miejsce niż to, gdzie się urodził.
STRAŻ GRANICZNA
Znów krótki rozdział, bo opisane zostały trzy pieski dwóch przewodników. Nie ma w nim zbyt wielu szczegółów dotyczących szkolenia i pracy służbowych czworonogów. Fajne jest to, że funkcjonariusze mogą wybrać sobie kompana do pracy lub pomagają w tym osoby określone jako eksperci, żeby dopasować duet pod względem charakterów. Wcześniej się to nie pojawiło w żadnej specjalizacji (wręcz psy były losowane, patrz: rozdział o policji). Opisane psy pracują węchowo, więc to też pewna określona specyfika treningu i zadań. Ponownie (na szczęście) nie mam większych uwag. Przewodnicy również wydają się być odpowiednimi osobami do pracy z psami i po raz kolejny wzbudza to we mnie pozytywne odczucia, przywraca wiarę w godne życie służbowych czworonogów oraz dodaje iskierkę nadziei na jeszcze lepszą przyszłość.
ADMINISTRACJA SKARBOWA
Następny rozdział, który ma mniej niż 30 stron.
Co mi się podobało?
- Wyraźnie podkreślony jest fakt, że awersja nie ma racji bytu, a trening oparty na przymusie i strachu jest nieefektywny (zwłaszcza długofalowo), więc psiaki pracują z przewodnikami jedynie w oparciu o metody pozytywne (nazwane w książce “behawioralnymi” nie wiem dlaczego).
- Dużą wagę kładzie się na budowanie więzi i zdrowej relacji człowiek-zwierzę.
- Każdy pies służbowy mieszka w domu swojego ludzkiego partnera.
- Człowiek może wybrać sobie czworonoga, z którym będzie się szkolił i pracował.
- Jest weryfikacja chętnych na stanowisko przewodnika psa (sprawdza się predyspozycje osobowościowe, ale też sytuację mieszkaniową i rodzinną). Brzmi to bardzo dobrze (w mojej ocenie oczywiście).
- Jeśli przewodnik z jakichś powodów nie może zająć się psem (np. jest a długim zwolnieniu chorobowym), a zwierzak ma powyżej 6 lat to zostaje wycofany ze służby i może mieszkać ze swoim opiekunem jako domowy pupil (młodsze psiaki muszą zostać przekazane innej osobie i kontynuują pracę).
Co mi się nie podobało?
- Psiaki w skarbówce pracują węchowo i dla odmiany są kupowane i rozpoczynają szkolenie jako szczeniaki. Jeśli w ciągu 2 lat wystąpią wady, w tym zdrowotne, zostają zwrócone hodowcy albo wymienione na innego, w pełni sprawnego psa. Mam mieszane uczucia i szkoda, że nie ma dokładniejszego opisu jakie “wady” są powodem zwrotów (została wymieniona jedynie dysplazja, co jestem w stanie zrozumieć).
- Z “kwiatków” uśmiałam się bardzo przy czytaniu wywiadu gdzie padło zdanie: “owczarki niemieckie i belgijskie często nazywa się “pasącymi przy głowie”, bo podnoszą wysoko głowę, patrzą na człowieka i współpracują z nim.” Hit! Kochani, niektóre rasy faktycznie są określane jako “pasące przy głowie” (rozróżnia się też pasące przy nodze), ale należą do nich np. border collie. Specyfiką psów pasących przy głowie jest to, że skradają się, zachodzą drogę i wywierają presję spojrzeniem utrzymując zwykle większy dystans od zaganianego osobnika czy stada (bez kontaktu bezpośredniego). Często podchodzą do zwierząt od głowy (frontalnie) i stąd nazwa grupy. W ten sposób pasie się z ptactwo i drobniejszej budowy gatunki np. owce. Psy zaganiające od nogi, jak łatwo się domyśleć, wchodzą w bezpośredni kontakt np. szczypiąc za tylne nogi (zwykle pęciny) w ten sposób wywierając presję, poganiając lub zmieniając kierunek poruszania się zwierzęcia. Pracują z gabarytowo większymi gatunkami takimi jak krowy, więc wchodzenie im przed nos (pod przednie nogi) mogłoby się skończyć dla psa tragicznie (choć oczywiście zdarza się kąsanie przednich kończyn lub nawet łba). Do tej grupy należą wspomniane w wywiadzie owczarki niemieckie i belgijskie. Reasumując – w jednym zdaniu są aż dwa, podstawowe i niesprostowane błędy. Po pierwsze wymienione rasy nie pasą od głowy, tylko od nogi, a po drugie w samej metodzie zaganiania w ogóle nie chodzi o podnoszenie łba i patrzenie na człowieka.
- Namieszane też jest w opisanych sposobach szkolenia psów. Pada kilka “trudnych” wyrazów, ale ich wytłumaczenie jest błędne, mylące i zupełnie niezgodne z nomenklaturą (nawet nie chodzi o stricte kynologiczne nazewnictwo, ale nawet to zaczerpnięte z psychologii).
- Zaniepokoił mnie opis, jak pies służbowy brał udział w zajęciach z dziećmi niewidomymi. Możemy przeczytać: “pies jest bardzo grzeczny, ale nie czuje się komfortowo. (…) był spięty, ale wiedział, że musi wytrzymać.” Nie, nie musi niczego wytrzymywać. Psy służbowe to nie są dogoterapeuci i owszem, rozumiem ich udział w pokazach czy prelekcjach również w szkołach i innych placówkach, ale jeśli zwierzak czuje się niekomfortowo i jego przewodnik to widzi, to po jakiego grzyba zmusza go do siedzenia w dyskomforcie? Na co czekają ci ludzie? Aż pies straci cierpliwość? Na utratę zaufania do opiekuna? Na serio nie wiem i już nie pierwszy raz pojawia się w książce ten wątek.
- Była też błędna interpretacja zachowania w postaci stwierdzenia, że obszczekiwanie psów za płotem jest pokazaniem “kto tu rządzi”.
STRAŻ POŻARNA
Tu mogę być trochę nieobiektywna, bo mam swoje prywatne obserwacje jak sprawa wygląda “od środka” (moje zdanie nie jest zbyt przychylne), ale postaram się robić odniesienia tylko do treści książki.
Co mi się podobało?
- Psiaki wycofane ze służby trafiają pod opiekę swojego przewodnika lub innej osoby wyznaczonej przez dowódcę (i zaakceptowanej przez kierownika jednostki). Jeśli dom się nie znajdzie, zwierzak zostaje pod opieką SGPR (Specjalistycznych Grup Poszukiwawczo-Ratowniczych) dożywotnio. Straż partycypuje w kosztach utrzymania byłych psów służbowych. Wygląda na to, że godna emerytura jest zapewniona.
- W straży pożarnej mogą pracować psy właścicielskie wraz ze swoimi opiekunami (nazywane psami kontraktowymi) oraz psy prywatne ludzi z OSP.
- Główny temat rozdziału to psy gruzowiskowe, czyli takie, które szukają żywych ludzi po zawaleniu się budynków lub w podobnych okolicznościach. Dobrze pokazana jest specyfika ich pracy. Zostało wprost powiedziane, że praca na gruzowisku jest niebezpieczna dla ludzi i psów, trzeba być przygotowanym, że można nie wrócić z przeszukania w komplecie.
- Fajnie, że poza gruzowiskiem jest zwrócona uwaga na konieczność bywania z psem w metrze, centrach handlowych i podobnych miejscach, gdzie jest hałas, tłum ludzi, pełno zapachów itd. Takie rozproszenia faktycznie mogą pojawić się w czasie pracy i dobrze jest odpowiednio psa przygotować na podobne warunki.
- Ciekawe jest to, że polskie psy są wysyłane na zagraniczne misje. Krótkie opisy kilku takich sytuacji jest w książce, także jeśli temat kogoś interesuje to polecam.
- Duży plus dla Pana Michała Szalca za kupowanie psów jedynie ze sprawdzonych, legalnych, domowych hodowli FCI/ZKwP. Często wybierane są psy, których dziadkowie, rodzice i inni krewni osiągają dobre efekty jako psy służbowe, więc są dobierane pod kątem użytkowym do określonych zadań. Szanuję poruszenie tego tematu i sam proces wyboru psa do straży pożarnej. Czy w każdym oddziale tak jest? Nie sądzę, a szkoda, bo w mojej ocenie to powinien być złoty standard każdej jednostki odpowiedzialnej za zakup zwierząt pracujących. Nie tylko w straży rzecz jasna.
- Są rzeczy, z którymi się zgadzam np. to, że szkolenie psa to proces, a efektów nie ma natychmiast.
Co mi się nie podobało?
- We wstępie do rozdziału pada informacja, że straż kupiła psy kosztujące 2 tysiące złotych za sztukę. Podejrzanie mało jeśli mowa o rasowych zwierzętach, ale zakup został dokonany w roku 2016, więc można przyjąć, że kilka lat temu były to kwoty normalne i nie ma sensu porównywać ich do dzisiejszych. Dociekliwi mogą porozmawiać na ten temat z wieloletnimi hodowcami i zweryfikować czy kwota jest adekwatna, czy świadczy o wątpliwej jakości źródle pozyskania psów.
- Na pracę psów kontraktowych są podpisywane kontrakty (stąd nazwa) i na ich podstawie reguluje się wymaganą opiekę weterynaryjną i wyżywienie. Tak jak kwestie zdrowotne rozumiem, tak diety wyznaczonej odgórnie już nie bardzo. Nie ma rozwinięcia tematu, więc można się tylko domyślać o co tu chodzi. Emerytura im nie przysługuje (gdy skończą służbę, kończy się udział straży w ich utrzymaniu).
- Psy osób z Ochotniczej Straży Pożarnej nie są nigdzie wpisane, nie ma względem nich odgórnych wytycznych, ani wsparcia finansowego w chorobie czy na emeryturze. Szkoda, bo wykonują taką samą pracę.
- Teren pracy psów gruzowiskowych jest bardzo wymagający, trudny i niebezpieczny, a mimo to wpuszczają na ćwiczenia szczeniaki (przykład 6-miesięcznego owczarka, więc psa rasy dużej, którego stawy rozwijają się wolniej). Instruktor szkolenia wymaga od psiego dziecka panowania nad własnymi emocjami i pracy, która jest skrajnie niebezpieczna dla stawów i nieadekwatna do rozwoju fizycznego psa. Jest to przepis na kontuzje, zwyrodnienia i “zepsucie” psa zanim w ogóle będzie mógł zacząć prawdziwą pracę w służbach.
- Pada teza, że psy nie mają świadomości tylnych nóg – tu się zgadzam, bo faktycznie jest to dość powszechne, natomiast w rozwinięciu wątku Pan Michał Szalc, z którym rozmawia autorka, twierdzi, że pies wchodząc po drabinie i wskakując do auta używa tylko przednich łap, co już jest niezgodne z prawdą. Ogólnie świadomość ciała to nie to samo co używanie odpowiednich jego części. Temat bardziej dla fizjoterapeutów i osób wprawionych w temacie biomechaniki ruchu, ale nie oznacza to, że można czytelników wprowadzać w błąd.
- Kolejny zły pomysł to technika uczenia psa zachowania się na niestabilnych powierzchniach. Pies ma leżeć na chyboczącej się beczce i za to dostaje jedzenie. Jak zeskoczy, to nie ma nagrody. Podobno w ten sposób pies panuje nad swoim ciałem i się uspokaja. To tak nie działa. Może być to niezłe zadanie uzupełniające dla psów, które już są dorosłe, w pełni rozwinięte, z dużą świadomością ciała, siłą i odpowiednią elastycznością mięśni, doskonałą równowagą, propriocepcją (czuciem głębokim) i po odpowiedniej rozgrzewce. Oczywiście w małej ilości powtórzeń ćwiczenia w jednej sesji treningowej. O tym oczywiście nie ma mowy w książce. Złota zasada brzmi: nie stawia się niestabilnego na niestabilnym. Koniec. Straż tej zasady nie wyznaje i psy wrzucają w za trudne rzeczy. Nie ma też mowy o szkodliwości tych działań, więc albo sami sobie nie zdają z nich sprawy, albo ten fakt mało ich obchodzi. Szkoda, bo oczywiście najbardziej cierpią na tym psy.
- Na akcjach psy nie noszą butów, które by chronił ich łapy, bo nie lubią. Każdy ma swoje priorytety i ja osobiście bym pracowała ze zwierzakiem tak, żeby wręcz pokochał noszenie obuwia i zakładała do pracy wszędzie tam gdzie się tylko da. Wiadomo, psia stopa trochę inaczej wtedy pracuje, ale jestem pewna, że są specjalistyczne akcesoria zapewniające komfort i maksymalne bezpieczeństwo w każdych warunkach. W straży buty zakładane są tylko w skrajnych i koniecznych sytuacjach (najczęściej podczas pracy w wysokich temperaturach, gdzie beton szybko i mocno się nagrzewa).
- Pani Agnieszka Paszkowska, która opisuje pracę ze swoją suczką mówi, że białe owczarki szwajcarskie są łatwiejsze w prowadzeniu od owczarków niemieckich. Ciekawa jestem kto i w jaki sposób to pomierzył. BOS’y w mojej ocenie wcale nie są “łatwiejsze” głównie ze względu na swoją wrażliwość emocjonalną (generalizując oczywiście), a wręcz przez to dla wielu osób mogą być rasą “trudniejszą”. Bardzo mnie drażni takie szufladkowanie ras i przeskakiwanie się w ocenie który pies jest bardziej czy mniej “trudny”.
- Opisywania suczka BOS’a została uznana za psa o “trudnym charakterze”, bo nie robiła postępów w szkole dla psów, była głośna i nie słuchała poleceń. Zamiast szukać przyczyn, opiekunka chodziła z psem na kilka długich spacerów dziennie (!), żeby wyciszyć ją przed treningiem. Brzmi jak przebodźcowanie, a w książce jest pokazane jako świetny sposób na “niegrzecznego psa”. Negatywnych konsekwencji takiego podejścia jest zdecydowanie więcej niż tylko nadmiar bodźców, ale przecież efekt jest, bo pies nie ma siły się źle zachowywać (czytaj: komunikować swoich emocji).
- Nie zabrało też klasycznego “jak zdarzy jej się nabroić, przeprosi (…) wie, że źle zrobiła”. Nie, nie wie. Psy są zdolne do odczuwania złożonych emocji, ale tzw. guilty look nie jest żadnym przepraszania ani przyznaniem się do winy. To naturalna próba de eskalacji, czyli załagodzenia sytuacji i obniżenia napięcia innego osobnika (tu akurat człowieka).
WOJSKO
Co mi się podobało?
- Rozdział owiany największą tajemnicą, bo niektórych danych nie można ujawniać. Fajnie, że jest to zaznaczone, bo obrazuje powagę sytuacji już na starcie i nawet w potencjalnie błahych sprawach np. nie wiadomo ile psów na stanie ma GROM ani Jednostka Wojskowa Komandosów.
- Psy wojskowe jeżdżą na misje i informacji o takowych również w tym rozdziale nie zabrakło. Trzeba jednak pamiętać o wrażliwości danych i małej ilości konkretów związanych z działaniami wojskowymi.
- Zdecydowanie na plus dla mnie jest nagradzanie psa karmą bytową, brak używania kolczatki i ciągnięcia za smycz. Plutonowy Daniel deklaruje, że psy szkoli się metodami pozytywnymi (przynajmniej to określenie padło w opisie pracy węchowej).
- Pierwszy raz w książce jest napisane coś więcej odnośnie żywienia psów. Nie wiem czy podobnie karmione są wszystkie czworonogi, ale ten, którego dotyczy opis dostaje 650g karmy suchej dziennie, rozdzielonej na 3 porcje. Ciężko powiedzieć czy ilość i jakość jest odpowiednia, ale trzy posiłki są jak najbardziej ok.
- Na emeryturę przewodnik może wziąć psa do domu, są też tzw. kojce przejściowe, w których można zostawić czworonoga jak się idzie do pracy i zabrać go ze sobą wracając. Fajna alternatywa żeby pies nie siedzi pół dnia sam, a kojec często zna, bo spędzał w nim czas pracując w służbach. Czy to lepsze rozwiązanie, czy nie, jest kwestią indywidualną i w taki sposób powinno się podejmować decyzję.
- Najlepiej czytało mi się podrozdział “Bojowe nastawienie” o jednostce GROM. Dobrze i lekko napisana historia powstania szkolenia psów na miarę obecnych czasów, a nie według starych, nieaktualnych wytycznych.
Co mi się nie podobało?
- Bycie przewodnikiem psa w wojsku jest pokazane jako prestiż, funkcja godna pozazdroszczenia, a do samej sekcji podobno bardzo trudno się dostać. Jest powiedziane tylko o konieczności przejścia testów, ale z książki nie dowiemy się i więcej, więc nie wiem jak selekcjonuje się ludzi do pracy z psami i czy to ma sens pod kątem dobrostan zwierzęcia.
- Jest tu sporo podobieństw do szkolenia i pracy psów w policji (nie będę odnosić się ponownie do wszystkiego).
- Pierwszy opisywany pies został określony jako “agresywny z natury”, (bo “miał wpojone, że każdy obcy to dla niego potencjalne zagrożenie”) a w kolejnym zdaniu czytamy “prawdopodobnie hodowca uczył go tego już wcześniej”. To z natury, czy jednak nie? Pomijając absurd stwierdzenia “agresywny z natury” coś jest tu namieszane.
- Budowanie więzi z psem opiera się na dawaniu wędliny i parówki codziennie rano. Normalizowanie podawania zwierzęciu ludzkiego jedzenia przyprawia mnie o dreszcze, wybór tych konkretnych artykułów z ludzkiego stołu tym bardziej, a bzdury o budowaniu więzi przez przekupywanie jedzeniem to jakiś kosmos.
- Psy służbowe mieszkają w kojcach, nie z przewodnikami (przynajmniej w większości. Częściej przywilej domowych warunków mają psy pracujące węchowo), ale czasem mogą jechać do domu opiekuna np. na weekend. Plutonowy Daniel (z wiadomych względów nazwisko nie jest ujawnione) udzielając wywiadu sam powiedział, że zabiera psa czasem, bo “lubi pochwalić się jego wyszkoleniem”. Faktycznie, świetny powód. Oczywiście nie zabrakło stwierdzenia, że wojskowe czworonogi mogą zrobić krzywdę osobie postronnej i jest to argument za trzymaniem ich na terenie jednostki.
- W książce jest zdanie, że “(pies) nastawia się do głaskania. Opiekun nie wszystkim jednak na to pozwala: to pies służbowy, a nie zabawka, trzeba trzymać go na dystans”. Nie rozumiem. To więź czy dystans? Głaskać można tylko pluszaki, a żywych istot nie? Psy służbowe nie mogą być dotykane gdy tego chcą? Co ma piernik do wiatraka? O co chodzi?
- W wojsku jest kilka owczarków belgijskich, więc nie obyło się bez mitów dotyczących tej rasy jak np. to że są charakterne, trudne w ułożeniu i agresywne, nawet w stosunku do opiekuna, stałe muszą mieć zajęcie, mają ADHD, ale też są bardziej podatne na szkolenie i chętniejsze do nauki i szybciej pracują niż ONki.
- Opisywany w książce belg pracuje węchowo i, jak twierdzi jego opiekun, “jest strasznym pieszczochem”, bo wymusza kontakt fizyczny nawet na obcych osobach (głaskanie) i nie odpuszcza jak już ktoś zacznie. Behawioralny red flag.
- Standardowo pojawił się wątek wizyt w szkołach i przedszkolach, a przy tym zdanie “dzieciakom trudno powiedzieć: nie głaszczcie psa”. Uwierzcie mi, z moich ust to zdanie padło wielokrotnie do dzieci i wcale nie było trudno. Mało tego, młode osoby respektowały ten komunikat bez problemu. Argument z książki do mnie nie trafia, a jako pedagog widzę też sporo minusów pozwalania dzieciom na przekraczanie granic psa, nierespektowanie sygnałów stresu czy prośby o dystans. A później zdziwienie, że pies pogryzł dziecko. Czym skorupka za młodu, a przykład idzie z góry i jeśli wojskowy uczy takich zachowań w stosunku do służbowego czworonoga to czego innego się można spodziewać?
- Odnośnie żywienia: 650g dziennie podane w 3 posiłkach to ponad 200g na porcję. Nie jest to mała ilość objętościowo. Martwi mnie też to, że pies dostaje od razu po spacerze rano, od razu po pracy i od razu po spacerze wieczorem. Jeśli aktywność jest duża, to nie powinno się dawać jedzenia tak szybko. Ponadto mówimy o psie, który je “łapczywie, jakby głodował od trzech dni” spuentowane zdaniem “belgi to łakomczuchy”. Może jestem przewrażliwiona, ale ryzyko skrętu żołądka w takim karmieniu jest zwiększone, a wcześniejsze historie dużej umieralność psów służbowych właśnie na tę przypadłość może mieć tu swoje źródło (i w jakości karmy).
- Szkolenie psa do oddziału GROM jest przemocowe. Opisy zawierają np. metodę podduszania czworonoga, żeby puścił pozoranta. Psy uczone są, że bez tego elementu nie wolno im uwolnić “ofiary”. W Niemczech stosuje się łyżki wkładane do gardła i pies puszcza gdy wywoła się u niego mechanicznie odruch wymiotny. Brutalna metoda. Na dodatek określa się to jako dodatkowa nagroda dla czworonoga i “efekt wow” w oczach psa. Nie widzę w tym sensu. Obawiam się, że szkolenie zawiera więcej nieopisanych w książce podobnych technik opartych na przymusie i dyskomforcie/bólu, które są na skraju działań zagrażających zdrowiu i życiu psów, o patentach typu kolczatki, dławiki i obroże elektrycznie nie wspominając.
GOPR (Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe)
Liczyłam na przyjemny rozdział o pozytywnym szkoleniu psów i ratowaniu ludzi. Dostałam wychwalanie metody NePoPo i nazwisko Kaczmarek* widniejące tuż za kilkoma zdaniami wstępu.
*przepraszam wszystkich, noszących to nazwisko. Oczywiście popełniłam tu skrót myślowy i na pewno jesteście super osobami. Większość zapewne wie, o których Kaczmarków chodzi, a jeśli nie, to wybaczcie, ale chcę tylko napisać recenzję książki, a nie wikłać się w cudze dramy także nie przytoczę tu nazw szkółek, ani sytuacji, które się zadziały kilka lat po wydaniu książki. Miejcie też na uwadze fakt, że autorka nie miała pojęcia co się wydarzy i nie ma wiedzy kynologicznej pozwalającej na lepszy dobór ludzi udzielających jej wywiadów. Dziękuję.*
Co mi się podobało?
- Zgadzam się z opisanym w rozdziale zagadnieniem hodowli, doboru psów do rozrodu i ocenianiu szczeniąt, a raczej ich rodziców i dziadków w celu określenia przyszłych predyspozycji do pracy. Fajnie, że są miejsca, gdzie świadomie rozmnaża się psy, a ze szczeniakami pracuje się już w drugiej dobie po urodzeniu, bo wiadomo co ten pies będzie w życiu robił (z większym niż zazwyczaj prawdopodobieństwem, pewności nie ma nigdy). Dla psa jest to ogromny plus i jak ma rok/dwa jest gotowy do pracy, przygotowany na nowy “dom” i zaznajomiony doskonale z warunkami dalszego życia. Wcześniej opisano psy, które w tym wieku dopiero zaczynały szkolenie i musiały się odnaleźć w niejednokrotnie skrajnie odmiennych warunkach życia niż te, które znały z hodowli (w efekcie nie każdy pies sobie radzi, czasem okazuje się, że jednak się nie nadaje do służby i stąd wiele zwrotów).
- Panowie o nazwisku Kaczmarek (ojciec i syn) udzielający wywiadu szkołą psy pracujące w wielu miejscach, także łatwiej im dobrać przyszłą jednostkę do indywidualnych predyspozycji psa i nie muszą układać psa do określonej służby. To ważne i dobre dla zwierząt, bo jest w mojej ocenie bardziej zgodne z naturą konkretnego osobnika i korzystnie wpływa na przebieg szkolenia i życia psiaka (chodzi mi przede wszystkim o to, że jak coś łatwo psu idzie, ma więcej radości z określonych ćwiczeń to chętniej wykonuje swoje obowiązki i ma, mówiąc kolokwialnie, szczęśliwsze życie niż ten, który nie lubi swojej pracy lub zadania są dla niego bardziej obciążające fizycznie i psychicznie).
- Plusem jest dla mnie też to, że Panowie Kaczmarek nie tylko sprzedają psa do służb, ale też, jak to zostało określone, dają do niego “instrukcję obsługi”, czyli szkolą przyszłego przewodnika jak ma pracować z konkretnym psem. Prowadzą też kursy doszkalające.
Co mi się nie podobało?
- Zapewnienie Kaczmarka, o tym, że mózg psa nie pracuje do 16 dnia życia jest abstrakcyjne.
- Same metody szkoleniowe (NePoPo) są powszechnie uznane za awersyjne i kontrowersyjne. Zaznaczę, że osobiście tak nie pracuję i nie używam ich w jakimkolwiek treningu z żadnym psem. Z czystym sumieniem mogę się nazwać przeciwniczką technik opisanych i stosowanych przez Kaczmarków. Argumenty typu: przypinamy psa na krótko do stojaka (w sumie to stół fryzjerski, gdzie pies tyłem stoi na ziemi, a przednie łapy ma oparte na łokciach o jakąś półkę), żeby uczył się odpoczynku i spokojnego czekania na swoją kolej, do mnie nie trafiają. Używanie dławiła, kolczatki, obroży elektrycznej i deprywacji pokarmowej w mojej ocenie jest zwyczajnie zbędne, szkodliwe dla psa i jego psychiki niezależnie od tego jak pięknie odbuduje się ich użycie w słowa. Bardziej rozbudowana argumentacja wymaga osobnego wpisu, bo jest tu sporo rzeczy do poruszenia. Przykro mi, że książka przyczynia się do normalizacji awersji, deprywacji pokarmowej i wręcz w zachęcający sposób opisuje NePoPo. Panowie są zakochani w swoich metodach, potrafią to pięknie ubrać w słowa i “sprzedać”, zwłaszcza osobom, które nie mają wiedzy kynologicznej lub są początkujący w temacie. Wcale się nie dziwię, że mają rzeszę fanów i zwolenników, szkoda tylko, że cierpią na tym zwierzęta.
- Często jest używane słowo “stado” jako określenie grupy psów, ale psy w stadach nie żyją. Używanie takich nazw wprowadza w błąd nieświadome osoby i jest kolejnym powielaniem mitów. Więcej na temat “stada” mówiłam we wspomnianym już filmie na YouTube o teorii dominacji, więc tam ponownie Was odsyłam, żeby nie powielać informacji tutaj.
- Szkolenia GOPR są finansowane między innymi ze środków sponsorskich pozyskanych np. od sklepów Maxi Zoo (mają specjalne akcje sprzedaży “cegiełek” bransoletek, z których dochód jest przeznaczony na ten cel). Nie wiem jak Wy na to patrzycie, ale osobiście nie zrobię zakupów w tym sklepie, bo nie chcę dokładać ani złotówki do awersyjnego szkolenia psów.
- Nie jest zgodne z prawdą stwierdzenie, że pies pracujący na zabawkę nie myśli, a jeśli nagrodą jest jedzenie to tak. To akurat padło w rozmowie z Panem Jackiem Falkenbergiem (Przewodniczącym Podkomisji Psów Ratowniczych GOPR). Twierdzi on też, że pies w treningu prowadzonym na zabawkę cały czas poluje i może nagle pobiec za sarną w trakcie akcji, bo jest tak nakręcony na łowy. Nie zgadzam się z tym ani trochę.
- Pojawia się też uwielbiane przez zwolenników NePoPo zdanie, że rażenie psa prądem nie jest karą, tylko wzmocnieniem. Nikt nie dodaje, że chodzi o wzmocnienie ujemne i może ono wystąpić tylko w sytuacji, kiedy pies ma doświadczenie wygaszania dodatniego, czyli kary właśnie. Jeszcze jedno sprostowanie z mojej strony – rażenie prądem, korekty kolczatką czy dławikiem nie są wzmocnieniem. Wzmocnieniem jest sytuacja, kiedy negatywny bodziec zostanie zabrany, a pies poczuje związaną z tym ulgę.
- W NePoPo powszechna jest też deprywacja pokarmowa, (ale nie tylko ta, deprywacji jest więcej) czyli trzymanie psa głodnego, żeby wyrobić “motywację” pokarmową. Celowo jest tam cudzysłów, bo z budowaniem motywacji nie ma to nic wspólnego, a pies jest zmuszony do wykonywania rzeczy, bo inaczej nie dostanie jedzenia. Działa to szkodliwe na psychikę, ale też na sferę fizyczną psiaka. “Nie mam problemu, żeby nie dać psu jeść przed treningiem. Trzymam w kieszeni karmę, którą dostanie, gdy będzie dobrze pracował. Daje mu zadanie, czekam minutę, dwie, czy je wykona. Jak nie, to chowam karmę. Pies dostaje drugą szansę, a jeśli tym razem woli bieganie niż naukę, zapinam smycz i wracamy do domu, nie dostaje śniadania. Miał wybór, mógł się najeść, spróbujemy za 6 godzinna kolejnym treningu. Tylko w taki sposób mogę zbudować relacje z psem, zachęcić go do pracy. “ – jest to totalnie smutny fragment pokazujący standardy szkoleniowe psów w GOPR, brak zaspokojenia fundamentalnych potrzeb każdego żywego organizmu i wykorzystywanie własnej wyższości nad zależnym zwierzęciem.
- Pan Jacek Falkenberg mówi też wprost, że nigdy nie nazwie psa przyjacielem ani członkiem rodziny, nie powie, że go kocha, bo dla niego jest to narzędzie pracy. Jak się nie nadaje, to zostaje wycofane/sprzedane jak każdy inny przedmiot i weźmie kolejnego. Tu przykładem była suczka, która nie radziła sobie emocjonalnie, a przewodnik sam uznał, że problem go przerósł (nawet nie było próby diagnozy behawioralnej).
- Czytamy też, że zwierzę “dostaje ode mnie to, co najlepsze, dobre jedzenie i opiekę, kojec i plac treningowy”. Czy Waszym zdaniem są to rzeczy najlepsze dla psa? W mojej ocenie nie.
- Wcześniej w książce pojawiały się osoby, które swoją postawą i wiedzą przywracały mi wiarę w to, że przyszłość psów służbowych może być lepsza i idzie wszystko w tym kierunku, a ten rozdział udowadnia, że są to marzenia ściętej głowy i jesteśmy daleko jeśli chodzi o odpowiednie traktowanie zwierząt pracujących. Przynajmniej jeśli chodzi o GOPR (i inne służby, które w podobny sposób traktują psy). Wspomniany Pan Jacek Falkenberg ubiega się o stanowisko instruktora przewodników psów ratowniczych (a może już nim został?). Bez komentarza.
ZAKĄTEK DLA ZWIERZĄT NICZYICH
Ostatni rozdział. Również króciutki (13 stron) choć ważny. Opisuje miejsce pod Poznaniem, gdzie psy służbowe, niezależnie od jednostki, w której pracowały, mogą spędzić starość i spokojnie odejść. Żadne służby nie partycypują w kosztach utrzymania zwierząt, nie było też uroczystego podziękowania za pracę. Zakątek Weteranów, to stowarzyszenie – pozarządowe organizacja, która sama pozyskuje środki i dba o zwierzęta, które są pod jego skrzydłami. Powstał w 2017 roku, więc niedawno, a założycielem jest Pan Grzegorz Chmielewski, były policjant, przewodnik psa służbowego, koordynator do spraw koni i psów w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.
Jeśli przewodnik psa nie weźmie go do swojego domu po “wykreśleniu z ewidencji” i nikt inny go nie chce, to ogłasza się przetarg. Wygrany zabierał zwierzę i tyle. Nie było żadnej weryfikacji co to za osoba, jakie zapewni warunki psu ani co się dalej dzieje. Ten sam los spotyka konie. Często czworonogi trafiały na stróżówkę i mogły w nieodpowiednich rękach stanowić zagrożenie. Konie skupowano na rzeź. Wielu przewodników, nawet Ci, którzy nie mieli warunków żeby sprostać opiece nad emerytowanym zwierzęciem decyduje się oficjalnie wziąć go do siebie i szukają świadomie domów adopcyjnych, gdzie przyszły opiekun jest zweryfikowany i można kontrolować dalsze losy psa czy konia.
W Zakątku Weteranów warunki są zbliżone do tych, które psy miały całe życie,czyli mieszkają w kojcach. Zwykle jeśli całą służbę pies mieszkał w domu przewodnika, to już u niego zostaje do końca i nie trzeba szukać mu innego miejsca. Wolontariusze wyprowadzają zwierzaki na spacery pod warunkiem, że psy nie wykazują zachowań agresywnych.
Stowarzyszenie ma też stajnie i łąki dla koni. Jest też las i staw dostępny dla tych zwierząt. Jeśli stan zdrowia pozwala, koniki chodzą rekreacyjnie pod wolontariuszami.
Zwierzęta przebywające w Stowarzyszeniu nie są do adopcji, ale można je wspomóc finansowo lub rzeczowo, do czego zachęcam. Może jeśli będziecie w okolicy, uda się dogadać i zabrać któregoś psiaka na spacer w ramach wolontariatu. Takie miejsca mogą istnieć tylko dzięki pomocy osób “z zewnątrz”. Oczywiście osoby tworzące to miejsce starają się aktywnie pozyskiwać środki np. poprzez prelekcje dla dzieci i same angażują się w opiekę nad zwierzętami. Na pokazach jest zakaz zaczepiania i dotykania psów i z opisu wygląda, że są to bardzo sensowne zajęcia. Niektóre służby dobrowolnie wspierają Zakątek Weteranów mimo, że nie ma odgórnego nakazu.
Dobrze, że jest takie miejsce, mam nadzieję, że w przyszłości będzie podobnych zakątków więcej, a służby będą partycypować w ich funkcjonowaniu tak, żeby zapewnić zwierzętom godną i spokojną emeryturę.
Książka ogólnie:
Co mi się podobało?
- Przyjemnie się czyta, widać, że autorka ma lekką rękę i lektura nie jest męcząca w odbiorze. Strony szybko “przelatują” co sprawia, że można szybko skończyć całą książkę.
- Tematyka! Szanuję za poruszenie tak ważnej kwestii jaką niewątpliwie jest służba psów, zwłaszcza, że jest to zadanie niełatwe. Nie spotkałam się z inną tego typu książką.
- Opisuje zarys historii psów służbowych, nakreśla tematykę i rodzaj pracy czworonogów w konkretnych jednostkach, porusza problem zwierzęcej emerytury i jej prawnych aspektów.
- Daje nadzieję (przynajmniej mi), że w służbach pracują też ludzie z pasją i empatią do zwierząt, którzy świadomie odchodzą od szkolenia awersyjnego, a “swoje” psy traktują z należytą uwagą i szacunkiem dbając o ich dobrostan fizyczny i psychiczny. Mam nadzieję, że takich osób w służbach będzie coraz więcej, a to z kolei poprawi sytuację psów (i innych gatunków) pracujących oraz może nawet zmieni stare, nieaktualne regulaminy i wytyczne szkolenia, utrzymania i emerytury zwierząt, które zdecydowaną większość życia pracowały dla społeczeństwa.
- Pokazanie co dzieje się, gdy zwierzę jest “wykreślone z ewidencji” i jak funkcjonuje Zakątek Weteranów. Bardzo potrzebny rozdział i byłoby idealnie jakby był inspiracją do powstania większej ilości podobnych miejsc.
Co mi się nie podobało?
- Nie pokazuje wiedzy eksperckiej (najlepiej niezależnego i niezwiązanego z służbami teamu psich behawiorystów/zoopsychologów) tylko całość ubarwia i bezkrytycznie opisuje tak, żeby w jak najbardziej nieskazitelny, dobry i pozytywny sposób pokazać ludzi i szkolenie psów służbowych. Jest to wynik braku wiedzy kynologicznej, co rozumiem, ale jednak utrwalanie w głowach nieświadomych osób dawno obalonych mitów i przekazywanie szkodliwych dla psów treści nie powinno mieć miejsca w żadnej publikacji.
- Bardzo nierówne rozdziały. Część o policji ma 85 stron (najwięcej), a o służbie więziennej i Zakątku Weteranów 13 (najmniej). Nie wiem czy wynika to z ograniczonego dostępu do informacji i niechęci udzielania wywiadów Autorce książki czy innej tajemnicy pracy w określonych miejscach, ale dysproporcja jest bardzo duża i niesie za sobą chociażby fakt, że nie wszystkie służby są dostatecznie opisane i osobiście jako czytelnik mam niedosyt z jednej strony i przesyt z drugiej (zwłaszcza, że policja jest jednym z gorszych miejsc do jakich może trafić pies pracujący co widać też po ilości moich uwag do tego rozdziału),
- Dobór osób do wywiadów. Uważam, że nie każdy zasługuje, żeby mógł się udzielać i zyskać dodatkowy rozgłos przez udział w wywiadach i opowiadaniach umieszczonych w książce. Przydałaby się dodatkowa weryfikacja lub, jak już wspomniałam, konfrontacja treści z ekspertem, który by prostował niektóre treści.
- Przyklaskiwanie bestialskim metodom pracy ze zwierzętami, awersji w szkoleniu, deprywacji różnego rodzaju i powielanie mitów związanych nie tylko ze szkoleniem, ale ogólnie z kynologią.
Czy polecam?
To zależy
Dla kogo?
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
W mojej ocenie książka jest dla znawców tematu psów i pasjonatów, którzy będą w stanie krytycznie podejść do bajkowych, nieskazitelnych opisów i wyłapać te wszystkie nieprawidłowości, jakie są w niej przytoczone. Niestety, może się okazać, że dla takich osób lektura będzie momentami przygnębiająca i frustrująca, ale też fragmentami budująca nadzieję, że są w służbach ludzie, którzy mają szansę pokazać, że da się szkolić psa służbowego bez awersji, w zgodzie z najnowszą wiedzą kynologiczną i dbać o jego dobrostan nawet w tak wymagającej i trudnej pracy.
Dla osób, które nie mają wiedzy o psach, albo są początkujące w tym temacie, “Nietypowy mundurowy” będzie w odbiorze książką pokrzepiającą serce, miłą, lekką, przyjemną i napawającą dumą, a może i radością, że psiaki w służbach są tak świetnie traktowane, mają cudowne życie, ich szkolenie i praca to ciągła zabawa choć oczywiście obarczona ryzykiem związanym z powagą służby.
Podsumowując:
Ogólna ocena 5,5/10
Ciężko mi ocenić książkę jako całość, bo rozdziały są skrajnie różne w odbiorze. Z jednej strony jest ogromna ilość bzdur, mitów, opisów strasznego traktowania zwierząt, treści szkodliwych dla zdrowia i życia psów (nawet tych “kanapowych”), bez żadnego sprostowania niezależnego eksperta. Z drugiej jednak strony pojawiają się osoby przywracające wiarę w to, że jeszcze będzie lepiej – dbające o dobrostan, edukujące się, traktujące zwierzęta podmiotowo, a nie przedmiotowo, których wypowiedzi nie ma konieczności “prostować”.
Sam pomysł i sposób przekazania treści jest super. Książkę czyta się bardzo dobrze i porusza ważny temat, o którym wciąż mało się mówi. Uważam, że jest warta przeczytania, ale trzeba brać poprawkę na wiedzę jaką przekazuje i nie próbować przenosić metod szkoleniowych na pracę z własnym psiakiem.”Błyśnięcie” jakąś wyczytaną ciekawostką również może się nie udać 😉